1952

Audycja z cyklu Muzyka obala granice nr 2 wyemitowana 16 maja 1952

   Jeśli my, muzycy polscy uważamy dzieło Fryderyka Chopina za pewnego rodzaju punkt centralny, za elementarne ognisko soczewki, ognisko, w którym zbiegają się nie tylko żywotne linie rozwoju muzyki polskiej, ale w którym zarysowane są również niektóre daleko w przyszłość sięgające tendencje estetyczne – to jednak cała wielkość i rewelacyjność geniuszu chopinowskiego nie może nam przesłonić ogromnej drogi rozwojowej polskiej muzyki przed-chopinowskiej. Oczywiście bogata polska literatura muzyczna okresu przed-chopinowskiego porusza się po utartych torach ówczesnej muzyki europejskiej. Nie znaczy to, aby brakło jej splendoru i wielkości; przeciwnie, znajdujemy w niej dzieła piękne i nieprzeciętne, a nie ustępujące w niczym ówczesnej muzyce reszty Europy. Ale nie ma w nich owego nurtu rdzennej polskości, który tak potężnym znamieniem naznaczył dzieło Fryderyka. Nie ma – bo nie mogło go być. Rozkwit szkół narodowych w muzyce jest cechą charakterystyczną XIX-wiecznego romantyzmu, a jego heroldami są Chopin, Liszt, Smetana czy też Glinka lub Musorgski. Dopiero w okresie romantyzmu sztuka muzyczna nabiera cech narodowych.

   Okres wcześniejszy cechuje owa jednolitość koncepcji, uniwersalizm środków technicznych, dzięki któremu komponowano tak samo we Francji jak i w Niemczech, tak samo w Polsce, jak w Hiszpanii. Nie uchybia to w niczym wielkości muzyki i kompozytorów okresu przedromantycznego. Gdzie indziej i w czym innym leży ich wielkość, a sztuka ich na pewno nie jest z gorszego gatunku kruszcu. W koncercie dzisiejszym zademonstrujemy państwu dzieła trzech kompozytorów, dzieła, które pozwolą wam śledzić za nurtem rozwojowym polskiej muzyki w tym właśnie okresie, kiedy stawała się ona coraz bardziej narodowa. Dlatego pozostawiamy poza obrębem naszego dzisiejszego programu cały ogromny świat polskiej muzyki sprzed XIX wieku. Zaczniemy od tak dobrze wszystkim znanych polonezów Ogińskiego. Dziś stały się one dla nas, z powodów natury raczej patriotycznej niż muzycznej, synonimem polskości, ale w samej ich ściśle melodyjnej i harmonicznej treści nie ma w gruncie rzeczy wiele cech specyficznie polskich. Ich autor wyrósł w atmosferze XVIII wieku i psychika jego byłaby doskonałym przykładem owego zrównoważonego, w miarę sceptycznego stylu życia ludzi XVIII-wiecznych, gdyby nie pewien przedsmak romantycznego smutku i zadumy, który czyni jego postać szczególnie sympatyczną. W sumie jest to człowiek przełomu, co przełożone na język muzyki oznacza, że wprawdzie muzyka jego porusza się całkowicie w kręgu muzyki klasycznej, ale zawiera również nieśmiałe i podświadome zadatki przyszłej drogi rozwojowej muzyki polskiej. Przechodząc od tej sztuki niedopowiedzeń do dzieł Chopina, znajdujemy się już w samym sednie problemu stylu polskiego i muzyki narodowej. Tu słowa wydają się niepotrzebne i zbyt gruboskórne, zwłaszcza jeśli chodzi o muzykę, która przecież ma wyrażać właśnie to, czego nie można powiedzieć słowami. Ale jeśli u Chopina szukanie drogi do tego stylu jest z natury rzeczy gorączką, pasją i tragicznym wysiłkiem, który został zrozumiany dopiero przez potomność, o tyle w dziele Szymanowskiego, opartym na osiągnięciach Chopina znajdziemy już pewien spokój i pewność, płynącą z poczucia zwycięstwa swej sprawy. Nic dziwnego: kompozytor polski dwudziestego wieku oparty jest w całej swej pracy na niewzruszonych podstawach dzieła chopinowskiego. Ma za sobą ów niezniszczalny i wiecznotrwały wzór polskiego stylu w muzyce.

[Fragmenty muzyczne:M. K. Ogiński – suita polonezów w wykonaniu orkiestry salzburskiej; F. Chopin – Mazurki cis-moll i b-moll;  K. Szymanowski – Wariacje fortepianowe w wykonaniu Witolda Małcużyńskiego]